Poradnik planszówkowy dla laików

Być może już wcześniej ktoś przekonał Was, że rodzinne granie w gry planszowe jest wartościową formą spędzania czasu. Prawdopodobnie ten ktoś powiedział Wam również, że współczesne planszówki to coś więcej niż „Grzybobranie” i „Monopoly”, bo przecież na polskim rynku każdego roku wydawane jest kilkaset nowych pozycji. Jak w takim razie połapać się w tym gąszczu? Mamy nadzieję, że pomoże Ci w tym ten oto poradnik.

 

Rodzice – zwłaszcza nastolatków, które wolą nieco bardziej skomplikowane gry – mają przed sobą nie lada wyzwanie, jeśli chcą obdarować swoje pociechy grą planszową. Naturalnym miejscem poszukiwań są fora internetowe. Często jednak bywa tak, że czytając kolejne rankingi i recenzje, wybór wcale nie staje się prostszy. Dlaczego? Jest tak dlatego, że „wkręceni” planszówkowicze używają sformułowań nieczytelnych dla zwykłego śmiertelnika. Przeciętnemu Kowalskiemu niewiele mówią słowa: ameritrash, eurosuchar, draft, czy choćby grywalność. Uchylmy więc rąbka tajemnicy!

 

Euro…co? Ameri…jakie?

Na pierwszy ogień weźmiemy dwa słowa, które pojawiają się w każdej recenzji. Nic dziwnego, bo dzielą one świat gier planszowych na dwie półkule: eurosuchar i ameritrash. Pierwsze z nich oznacza typ gry oparty przede wszystkim na logicznej, policzalnej mechanice (mechanice, czyli zbiorze zasad, określającym oddziaływanie na siebie poszczególnych elementów gry). Gracze zazwyczaj muszą obrać jakąś strategię i to od podjętych przez nich decyzji zależy jej powodzenie. Losowi pozostawia się niewiele do powiedzenia. Interakcja pomiędzy ludźmi w tego typu grach zazwyczaj jest dosyć ograniczona i każdy „uprawia swoje własne poletko”. Jako pewien smaczek warto też wiedzieć, że sama nazwa wzięła się od gier w stylu „Eurobusiness” (w Polsce bardziej znanych jako „Monopoly”).

Co do ameritrashów, to sama nazwa odwołuje się do jej rodzimego środowiska, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. W tego typu grach główną rolę pełni fabuła, czyli historia, którą planszówka ma nam do opowiedzenia. Zazwyczaj są to pozycje dopracowane graficznie, z różnorakimi detalami, gadżetami i wieloma elementami. Wbrew pozorom nie jest to jednak coś dla młodszych gameboarderów (fanów gier planszowych), ponieważ zasady zazwyczaj są dosyć skomplikowane i rozbudowane. W grach typu ameri ważny jest element losowości, przez co rozgrywka jest bardziej chaotyczna i nawet mimo dobrych decyzji, wysiłki graczy mogą spełznąć na niczym.

Obecnie wydawane pozycje coraz bardziej zacierają granice między grami euro i ameri. Dzięki temu kupujący dostają coraz ładniejsze i porządniejsze produkcje, zawierające wiele elementów i gadżetów, z akcentami losowymi, choć w znacznej mierze policzalne. Niestety tak rozbudowane hybrydy po zaledwie kilku rozgrywkach bywają nużące, a ich cena jest wręcz kosmiczna.

 

Deck-building, worker-placement i inne angielskie słowa

No dobrze – skoro znamy już dwa najważniejsze słowa z planszówkowego słownika, warto pójść jeszcze dalej. Przeglądając fora i recenzje możemy natknąć się na inne ciekawe sformułowania. Jednym z nich jest worker-placement. Tego typu gry charakteryzują się rozdzielaniem swoich „pracowników” (kostki, pionki, figurki) na lokacjach, umieszczonych na planszy, w celu zbierania surowców. Takie rozwiązanie jest właściwe dla euro.

Kiedy indziej można natrafić na słowo draft, a to z kolei oznacza metodę stosowaną w grach związanych z kartami (co nie oznacza, że muszą być pozbawione planszy). Polega ona na tym, że każdy z graczy ma w ręku kilka kart, spośród których dobiera jedną, a następnie podaje ją do osoby siedzącej obok. Dzięki temu ogranicza się nieco element losowości i wprowadza większą możliwość planowania przyszłych ruchów. Blisko tego terminu jest jeszcze deck-building, czyli mechanika polegająca na budowaniu własnej talii kart.

 

Rodzinne planszówkowanie?

Ważne w poszukiwaniu gier rodzinnych jest to, aby downtime, czyli oczekiwanie na „mój ruch”, był minimalny. W rozbudowanych pozycjach może on wydłużać się w nieskończoność, co znacznie zmniejsza grywalność. Skoro już o grywalności mowa, to jest to termin oznaczający przeciętną subiektywną chęć powrotu do danej gry. Jeśli po zakończeniu partii wszyscy mają ochotę na powtórkę – i tak przez 5 niedziel z rzędu – oznacza to, że gra jest grywalna, a wydane pieniądze były jej warte.

Rodziny najczęściej poszukują gier, w które można zagrać, angażując wszystkich jej członków, czyli zazwyczaj do 6 osób. Takich tytułów jest na rynku sporo, ale warto zwracać tu uwagę na to, czy gra dobrze się skaluje. A po co to? Ano po to, żeby w sytuacji, gdy połowa rodziny nie chce lub nie może grać, rozgrywka dla 3 lub 4 osób była równie atrakcyjna co dla pełnego jej składu. Często bowiem bywa tak, że planszówka jest projektowana z dedykacją dla wykorzystania pełni jej możliwości, a brak choćby jednego z graczy będzie skutkował zachwianiem złotych proporcji.

Ostatnią sprawą, na którą warto zwracać uwagę, jest negatywna interakcja. Nie oznacza to, że określona tym mianem gra zakłada rozbijanie relacji rodzinnych. Chodzi o to, że kwestia rywalizacji i wzajemnego wpływania na siebie graczy jest w danej plaszówce mocno podkreślona. Zazwyczaj to właśnie te pozycje wywołują największe emocje. Można to być z jednej strony zagrożenie, bo zwłaszcza młodszym graczom trudniej jest oddzielić uczucia rodzące się w trakcie zabawy z sytuacją po jej zakończeniu. Może to być jednak również wyzwanie i nauka radzenia sobie z trudnymi emocjami i ich reakcjami. Warto jednak zastanowić się, czy nasza rodzina jest na to gotowa.

 

Potrzebujesz więcej informacji?

Na koniec polecamy dwie strony internetowe, gdzie warto szukać informacji o grach, które wpadły nam w oko. Pierwsza to boardgamegeek.com, czyli największy serwis dotyczący planszówek (to dla czytelników anglojęzycznych) oraz rebel.pl (serwis i sklep dla polskich fanów). Są tam umieszczane recenzje, „unboxingi”, czyli wideo-relacje z otwarcia pudełka i prezentacja jego zawartości oraz przeróżne poradniki. A ponieważ gry planszowe często osiągają zawrotne ceny, warto poczytać trochę więcej na ich temat, zanim powierzymy ich twórcom nasze ciężko zarobione pieniądze.

 


Napisany przez:

Jan Sędek – absolwent wydziału dziennikarstwa na UKSW w Warszawie, bloger, dziennikarz, prezenter oraz specjalista ds. promocji w Radio Warszawa



 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *