Rodzinne gotowanie zamiast zajęć dodatkowych

Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie jedna z “migawek”, jaką w swojej książce “Jesteś zwycięzcą” zamieścił Michał Borkowski. Przytoczę tu w całości odpowiedni fragment (s. 87).

“Moja koleżanka nauczycielka została ostatnio zapytana przez jedną z mam:                               

– Na jakie zajęcia dodatkowe zapisać dziecko od nowego roku?                           

– Dwa razy w tygodniu godzina gotowania z mamą w kuchni i dwa razy w tygodniu godzina majsterkowania z tatą w garażu. I proszę to sobie wpisać w wasz tygodniowy grafik, a potem przestrzegać tak, jakbyście państwo za to płacili – brzmiała odpowiedź.                                                  Czy w ogóle jakoś to komentować? Coraz częściej spotykam ludzi, którzy mają więcej pieniędzy niż czasu dla swoich dzieci.”.

 

Rzeczywiście, coraz częściej spotyka się rodziców, którzy wypełniają grafik dziecka taką ilością zajęć dodatkowych, że dom jest dla niego trochę jak hotel, w którym głównie śpi. Dla niektórych dzieciaków ten maraton zaczyna się już w przedszkolu. Nie mówię, że Ci rodzice chcą źle dla swoich dzieci, często wydaje im się, że w ten sposób zapewnią im swoim  najlepszy start w przyszłość, że bez tych zajęć nie uda im się osiągnąć sukcesu życiowego (w tym wypadku rozumianego najczęściej jako sukces finansowy).

 

Zajęcia domowe – ważne czy ważniejsze?

W moim przekonaniu traktowanie gotowania i majsterkowania jako zajęć równie ważnych (a może ważniejszych?) niż zajęcia dodatkowe to najlepsza inwestycja w przyszłość, bo właśnie czasu spędzonego z bliskimi nie da się przecenić. Kiedyś całe wychowanie dzieci odbywało się bardziej naturalnie – rodzice po prostu BYLI, byli mniej zapracowani, może mogli ofiarować mniej rzeczy, ale za to więcej SIEBIE. Aktualnie nawet samo gotowanie stało się atrakcyjnym materiałem do stworzenia zajęć dodatkowych. Co chwilę pojawiają się oferty – w tym sezonie spotkałam sie już z warsztatami “dyniowymi”, pieczenia rogali, za chwilę pojawią się warsztaty pieczenia pierników. Popularne są także zajęcia sensoplastyczne, gdzie dzieci w specjalnie stworzonych warunkach mogą się pobawić np. przesypując ryż, fasolę, przelewając różne płyny. Nie mówię, że tego typu zajęcia powinny zupełnie zniknąć z grafików różnych klubików dziecięcych (mój syn był także zachwycony robieniem jeża z połówki jabłka, wykałaczek i makaronu), mogą bowiem stanowić cenną inspirację do tego, co sami możemy zaproponować dzieciom w domu (u nas wspomniany jeż wiele razy ratował sytuację, gdy chciałam np. szybko przygotować posiłek, syn w tym czasie konstruował kolejnego jeżozwierza).  Mimo to wspomniane zajęcia sensoplastyczne nie do końca mnie przekonują, jakoś smutno mi na myśl, że żyjemy w czasach, kiedy tak mało rzeczy przychodzi nam naturalnie – zamiast szukać kolejnych tego typu zajęć, można zapewnić dzieciom w domu niezapomniane wrażenia dotykowe, wzrokowe, słuchowe, węchowe i smakowe poprzez zaangażowanie je we wspólne przygotowywanie posiłków. Aktualnie jesteśmy na etapie pieczenia pierników, daje nam to ogromne pole do popisu. Nie będę tu mydlić nikomu oczu, że podczas gotowania panuje u nas zawsze sielankowa atmosfera, bo gdyby ktoś nam robił wówczas zdjęcia, to raczej nie przypominałyby słodko-pastelowych ujęć zamieszczanych na blogach kulinarnych 😉 Jednak lubię ten czas, kiedy razem coś pieczemy, mam z tym związanych wiele zabawnych wspomnień, a takie robienie pierniczków uważam za zupełnie nieszkodliwe. Przesypywanie (mąki), odmierzanie składników (matematyka – proszę kochana córeczko, przygotuj 1/4 kostki masła;-) ), ugniatanie, badanie różnych konsystencji, przelewanie, w końcu wykrawanie kształtów, czekanie na upieczenie (wrażenia węchowe zaliczone, a unoszący się zapach bezcenny), w końcu lukrowanie i dekorowanie (układanie posypek, maleńkich, kolorowych perełek czy bakalii we wzorki – toż to znakomite ćwiczenie dla małych rączek i rozwijanie kreatywności). Poza tym, czyż przyrządzone samodzielne jedzonko nie smakuje najlepiej? Mam w domu dwa egzemplarze dziecięce (3 i 5 lat) zupełnie różne, jeśli chodzi o apetyt, jednak w sezonie piernikowym żadne z nich nie pogardzi samodzielnie wyprodukowanym “dobrem”. W ten sposób pierniki (od czasu do czasu inny wypiek) stanowią jeden obowiązkowy posiłek dziennie tak średnio od połowy grudnia do połowy stycznia.

Sama również mam miłe wspomnienia z dzieciństwa związane z gotowaniem. Wprawdzie kuchnia była królestwem mamy i babci, ale zdarzały się wyjątkowe okresy, kiedy byłyśmy z siostrami w stuprocentowej mobilizacji. Mam tu na myśli choćby hucznie obchodzone imieniny, kiedy to w sobotę bladym świtem mama brutalnie wypędzała nas z łóżek w celu przygotowania tony sałatki jarzynowej dla pułku wojska (czyli gości). Chętnie wracam do tego czasu myślami – można było miło spędzić czas w babskim gronie (siostry, mama, babcia), na pogaduszkach i poznawaniu tajników rodzinnych przepisów.

Dbajmy zatem o to, aby gotowaniu towarzyszyła miła atmosfera, zwłaszcza, że dzieciństwo to także czas kształtowania się nawyków żywieniowych. Mamom – fankom BLW nie trzeba tego tłumaczyć, myślę jednak, że dla każdego rodzica ważne jest, aby jego dziecko dokonywało dobrych wyborów w kwestii jedzenia, a te kształtują się także podczas wspólnego gotowania. Poza tym większość z nas zdaje sobie sprawę, że jedzenie ma za zadanie nie tylko zaspakajać potrzebę biologiczną, jak jest głód, ale także ma ważną funkcję społeczną – zbliża do siebie ludzi. To sposób na miłe spędzenie wspólnego czasu – zwłaszcza okres narzeczeństwa kojarzy mi się ze wspólnym gotowaniem i jedzeniem przyrządzonych smakołyków. Dlatego tak ważne jest, aby nie zagubić cudownej atmosfery tej prostej czynności w ferworze codziennych obowiązków, gdy rodzina się powiększa i przy małych dzieciach wciąż brakuje czasu.  Mimo wszystko warto go znaleźć na wspólne przygotowanie posiłków i ich jedzenie, bo w ten sposób powstają piękne wspomnienia i wzmacniają się rodzinne więzi. Wykorzystajmy zatem ten przedświąteczny okres na wspólne gotowanie – traktując je nie jako ciężki obowiązek jednej osoby, lecz nieodłączną część wspólnych przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia, mającą łączyć ludzi w atmosferze Miłości, spokoju (cierpliwość czasami się tu przydaje:-) ) i uśmiechu.

 


Napisany przez:

Justyna Konopka (z domu Salek) – żona kochanego męża i mama dwójki niesfornych pociech (5 i 3 lata), psycholog w szkole podstawowej oraz w świetlicy opiekuńczo-wychowawczej. Jako psycholog pracujący z dziećmi stara się wspierać także rodziców w ich rodzinnych wyzwaniach, wierząc w to, że rodzina jest najlepszym miejscem do życia, w które warto inwestować Miłość i czas. Związana ze wspólnotą Bogu Bliscy działającą w malowniczym Kórniku.



 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *