Wywiad z Andrzejem Sobczykiem - Ambasadorem kampanii rodzinnej #Nierozerwalni

Andrzej Sobczyk przedsiębiorca i szkoleniowiec. Współtwórca grupy Rafael. Producent filmowy (wice prezes Stowarzyszenia Rafael zajmującego się produkcją i dystrybucją filmów). Prowadzi największe polskie księgarnie religijne gloria24.pl i Tolle.pl oraz wydaje wysokonakładową darmową gazetę ewangelizacyjną „Dobre Nowiny”. Pomysłodawca i wykładowca w Akademii Właściwy Tor. Aktywnie zaangażowany w działalność pro-life, jako fundator w fundacji „Jeden z Nas”. Hasłem przewodnim, którym zaraża innych ludzi jest zawołanie „Niech dzieją się dobre rzeczy!”. Marzy o zakładaniu szkół opartych o wartości chrześcijańskie, w których na dzieci patrzy się jak na VIP-ów najwyższej klasy. Prywatnie mąż Sabiny i ojciec Anieli oraz Nikodema, nieustannie zakochany w swojej rodzinie.

Witajcie. Jak teraz na was się patrzy wyglądacie na uśmiechnięte i szczęśliwe małżeństwo. Ale jak to się wszystko zaczęło? Jak się poznaliście?

Andrzej: życzę każdemu, by miał takie początki w związku małżeńskim jak my! ☺ A to dlatego, że małżeństwo i cała nasza relacja miała dłuższą, bo sięgającą 6 lat historie. I to właśnie 6 lat przed tym zanim staliśmy się parą, w mojej głowie pojawiła się myśl, że „to ona!”.  Było to o tyle ciekawe, że na samym początku w ogóle jej nie znałem. Nic a nic, a ta myśl już była! I małymi (naprawdę małymi) krokami poznawaliśmy się przez lata. Ale cały czas przyświecała mi poczucie, że z tą kobietą chciałbym spędzić życie. Ale mówię o tym dlatego, że takie podejście do naszej relacji spowodowało, że od samego początku niesamowicie poważnie, jak na nasz młody wiek, podchodziłem do naszej relacji.  Teoretycznie wiedziałem, że może być różnie, ale nie chciałem brać tego pod uwagę. W zamian za to, starałem się robić wszystko, by poznawać coraz bardziej swoją kobietę marzeń! ☺ I to spowodowało, że wchodząc w małżeństwo nie stała się żadna rewolucja. Tylko niezwykle piękna ewolucja relacji, która była budowana przez lata. Po 6. latach czekania, przyszedł czas na 1,5 roku narzeczeństwa i piękny ślub.

I to co nas niosło przed ślubem i szczególnie mocno – tuż po nim, to były długie rozmowy. Zadawaliśmy sobie mnóstwo pytań, komentowaliśmy świat, opowiadaliśmy swoje historie. A przy tym – poznawaliśmy się. I dzisiaj, obchodząc 5. rocznicę ślubu, widzę, że poślubiłem tę kobietę, którą wcześniej poznałem. To dokładnie ta sama Sabina. A mówię o tym dlatego, że zdarza się usłyszeć od par, że „przed ślubem była inna”. Myślę sobie, że raczej „za mało ją poznałeś człowieku”, lub nie zrobiłeś tego tak jak powinieneś.

A skoro  mówimy o rozmowach to… nie mogę się nadziwić tym wszystkim parom, które bardzo często widzimy w kawiarniach. Wchodzą razem, przy stole prawie nic nie mówią, czasami coś stukają w telefon, jedzą i wychodzą… prawie jak obcy. Dziwne, bo i przed ślubem, i teraz – jak wychodzimy na naszą małżeńską randkę, to zawsze wydaje mi się, że „nawijamy” jak dopiero co poznana para. I to jest piękne!

Jako przykład naszych początków i długich rozmów możemy opowiedzieć o pewnej wyprawie do Turcji, gdzie wspólnie z przyjaciółmi spędziliśmy kilka dni. Ale tylko ja wiedziałem, że mam przygotowany pierścionek zaręczynowy, bo ten wyjazd jest tylko po to, by… wrócić z niego z narzeczoną!  Tylko czekałem na odpowiedni moment. Ale oczywiście całość została starannie zaplanowana! ☺ Jak? Bardzo prosto. Tak jak zawsze dużo spacerowaliśmy i rozmawialiśmy. I postanowiłem, że trzy dni pod rząd zadam Sabinie kilka pytań. W pierwszym dniu pytałem ją o jej historię. O wszystko co pamięta, jakie było jej pierwsze wspomnienie, jakie to było, jakich miała ludzi wokół, co się jej podobało, co było kiepskie. I… cały dzień mówiła. A ja słuchałem, poznając naprawdę wiele nowych rzeczy! Drugiego dnia, zadawałem te same pytania o teraźniejszość. I wtedy usłyszałem swego rodzaju „podsumowanie” życia i światopoglądu mojej przyszłej narzeczonej. Widząc, że wszystko idzie zgodnie z planem, trzeciego dnia wypytywałem ją o przyszłość. O marzenia, plany, przyszłą pracę, rodzinę, dom… i właściwie na zakończenie tego dnia zobaczyłem przyszłość jej oczami. Przyszłość, w której brakującym elementem jest życiowy partner, mąż marzeń. I to był właśnie moment, w którym oświadczyłem się Sabince…. ☺

Dzisiaj, mając te kilka pierwszych lat małżeństwa, recepta „na poznawanie” siebie została uzupełniona o coś jeszcze. Bo szczera, czasem radosna, a czasem trudna rozmowa została uzupełniona o „praktykę”. Dzięki temu, że żyjemy razem cały czas, nie tylko mówimy, ale pokazujemy sobą jacy jesteśmy. I myślę, że jest to jeden z największych motywatorów do stawania się lepszymi ludźmi. I w takim układzie życie weryfikuje wszystkie wypowiadane słowa. Ale widzimy, że słowa są niezbędne. Nawet gdyby wszystko robić idealnie, to trzeba rozmawiać. Dużo rozmawiać. Bo wtedy ludzie naprawdę się zbliżają.

Jak byście opisali małżeństwo? Co przez nie rozumiecie?

Długo zastanawialiśmy się jak w prosty sposób zdefiniować coś, co daje nam największą życiową radość, czyli małżeństwo. Bo wbrew pozorom – nie jest to takie proste! ☺

A więc… małżeństwo jest dla nas PRZESTRZENIĄ, w której żyjemy, kochamy i rozwijamy się. Jest ono dla nas:
– napędem do życia.
Nie żyjemy już sami. Nigdy nie będziemy sami. Wierząc w Boga, wiemy, że jesteśmy nieustannie w Jego obecności. Ale dzięki małżeństwu we dwoje jesteśmy jedno. Nie ma pustki, nie ma samotności. Jest to drugie serce. Drugie „nasze serce”. To przewspaniałe, wiedząc, że jesteśmy częścią innej osoby.
– napędem do miłości  
Widzimy jak z dnia na dzień, dzięki sobie nawzajem rośniemy w miłości. Ten wzrost czasem odbywa się w radości, a czasem w trudnym „zapominaniu” o sobie. Ale widzimy, że jako ludzie – jesteśmy lepsi od samych siebie sprzed kilku lat. I na naszym przykładzie, widać to bezpośrednio, że „kochamy więcej” dzięki sobie nawzajem. Żona jest największym motorem wzrostu dla męża i odwrotnie.  A dla ludzi, którzy widzą, że ciągle potrzebują bardziej kochać –małżeństwo to wspaniała motywacja.
– napędem do rozwoju
Strach pomyśleć kim bylibyśmy, gdybyśmy nie spotkali się kilka lat temu! Mówimy to z radością, ale jest w tym trochę prawdy, bo każda sytuacja, w której wspólnie stajemy wymaga od nas rozwoju. Na przykład: ona chce jechać na wakacje w góry, a on nad morze. Jak się pogodzić? Jakoś trzeba. I powoli, powoli w takich czy innych kwestiach – dorastamy do wspólnych decyzji. A żeby „zrezygnować ze swojego” trzeba dojrzeć. Albo, żeby umieć rozmawiać w tematach trudnych – trzeba dojrzeć. A już o wychowywaniu dzieci nie wspominamy!

Macie dwójkę dzieci. Co się zmieniło w waszym małżeństwie po ich narodzinach?

Sabina: nie wiem czy dobrze się wyrażę, ale… w naszym małżeństwie po narodzeniu się pierwszego dziecka jednocześnie zmieniło się wszystko oraz… nie nastąpiła żadna rewolucja. Tak, dokładnie tak! Życie w córeczką zmieniło nasz sposób myślenia i funkcjonowania. A z drugiej strony byliśmy na to (przynajmniej teoretycznie) przygotowani i każda zmiana przechodziła stosunkowo płynnie.

Jeśli mówimy o dzieciach, to chciałabym, by było jasne, że jesteśmy absolutnie normalną rodziną, która ma i wiele radości i niemało codziennych trudów, które staramy się znosić. Ale z pełnym przekonaniem trzeba powiedzieć, że… ilość radości i pięknych rzeczy, które towarzyszą założeniu rodziny jest nieporównywalnie większa od sumy kłopotów, które dzieją się przy okazji. I co z tego, że czasem jest trudno? Razem damy radę. A efekt? Przepiękny: kochająca się rodzina!!! Mamy wielką nadzieję, że dokładnie te same słowa wypowiemy za kilkadziesiąt lat. Dzisiaj wiemy jedno: cokolwiek życie nam da, zrobimy wszystko, by je wygrać. Wspólnie wygrać.

Ale myślę, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie pewne podsumowanie, które kiedyś sami sobie zrobiliśmy. Bo… przed ślubem było nam naprawdę dobrze. Dwa światy, młode serca pełne życia. I choć wiele  nam brakowało, to byliśmy szczęśliwi. Ale to szczęście minęło w momencie, gdy staliśmy się małżeństwem. Bo wtedy pojawiło się inne szczęście. Nie wiem jak to opisać, ale był to jakby inny poziom, poziom wyżej. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić życia bez siebie nawzajem. Ten stan w sposób naturalny przeszedł w kolejny etap, bo… pojawiła się córeczka. I znowu, mimo iż wcześniej było naprawdę pięknie, tak po narodzinach życie było znowu inne. Kolejny poziom wyżej. Wtedy to zadaliśmy sobie pytanie, bo będzie gdy narodzi się kolejne dziecko. Jak „podzieli się ta miłość”, czy da się kochać i żyć dla naszej trójki i jednej osoby więcej? Cieszymy się, że życie szybko dało odpowiedź na tę zagadkę. Narodziny synka były momentem, gdy dosłownie „miłość się pomnożyła” . Wcześniej nie potrafiliśmy sobie tego tak wyobrazić. To po prostu się stało. A teraz zastanawiamy się co będzie dalej. Ale jesteśmy pełni wiary, że kolejny bobas znowu pomnoży miłość. Bo miłość taka właśnie jest. Im jest jej więcej, tym bardziej się mnoży! ☺

Jak najchętniej spędzacie czas całą rodziną? Co wtedy robicie?

Oj! W obecnym czasie nasza odpowiedź na to pytanie jest oczywista… i właściwie jedyna dobra dla każdego członka rodziny. A mamy na myśli… wspólną zabawę! A to dlatego, że nasze dzieci są po prostu małe i to najwłaściwszy i najbardziej pożądany sposób spędzania wspólnego czasu.

Tyle tylko, że jest jedno “ale”. Bo jesteśmy przekonani, że to CO się robi jest ważne, ALE ważniejsze jest jeszcze jedno: jak często się to robi. Otóż jesteśmy przekonani, że kluczowe w spędzaniu czasu z rodziną jest regularne spędzanie tego czasu. I mniej ważne jest to co się robi, tylko… jak często. I tutaj mamy swój rodzinny zwyczaj, niepisaną zasadę, że codziennie spędzamy wspólny czas. Wyjątkiem są jedynie bardzo nieliczne dni w ciągu roku kiedy zdarzają się wyjazdy służbowe. Poza nimi dbamy o to, by dokładnie codziennie (najczęściej wieczorami) nacieszyć się sobą, wspólnie bawić, albo odpoczywać leżąc na dywanie i snując coraz dłuższe dyskusje. Obowiązkiem są dla nas także weekendy, podczas których czasu dla siebie mamy zdecydowanie więcej. Właściwie to całe weekendy są nasze! I to jest przepiękne, bo to właśnie wtedy “ładujemy nasze rodzinne baterie”.

Ciągnąc dalej wątek wspólnego czasu warto powiedzieć jeszcze o czasie “tylko dla…”. Raz jest to czas męża dla żony, a innym razem rodzica z jednym, albo drugim dzieckiem. Chodzi tu o to, że nie tylko spędzamy czas wszyscy razem, ale osobno także. Po prostu regularnie łączymy się w pary i… robimy to co dla każdego jest ważne i cenne. Jako małżeństwo wychodzimy na romantyczny wieczór. Albo mama z córeczką idą na zakupy, a w tym czasie tata z synkiem…. wojują w piaskownicy! Jednym słowem – pomysłów jest tysiąc, ważne, by każdy dla każdego znalazł czas.

PS: jest jeszcze jeden sposób w jaki spędzamy wspólnie czas… otóż lubimy go spędzać wspólnie z innymi ludźmi. W towarzystwie rodziny, przyjaciół i dobrego jedzenia! 🙂

Konflikty pojawiają się nawet w najszczęśliwszej rodzinie. Jak Wy sobie z nimi radzicie?

Dobre pytanie! Na szczęście ktoś nauczył nas kiedyś jak sobie dawać radę z konfliktami i nie da się ukryć – uratował nam skórę. Tym kimś był Jacek Pulikowski, który przygotowywał nas do małżeństwa. Do dziś pamiętamy kilka jego złotych rad, które za każdym razem się sprawdzają. Najpiękniejsze jest to, że nie są to rady ani skomplikowane, ani trudne do zapamiętania. A ich cena  to… tona złota! I wcale nie przesadzamy. A są to m.in:

– wyrażanie się tylko i wyłącznie na swój temat. To jest podstawa rozwiązania każdego konfliktu. Czyli zamiast… “ty jesteś taki i owaki” albo “powinieneś to i to zrobić” mówimy o nas samych, czyli “źle mi było, kiedy zrobiłeś to i to…”. Nie oceniamy, nie oskarżamy, nie nawiązujemy do historii/rodziny/przyjaciół, tylko mówimy o samych sobie. Każdy o sobie. A jak się słucha takiej rozmowy to dużo łatwiej jest się pogodzić, bo… nikt nas nie atakuje, a tylko opowiada o tym co czuje.

– bardzo, bardzo, bardzo mocne dbanie o to, by czy duży konflikt, czy mała sprzeczka – zawsze było to zakończone przed zaśnięciem. Nie ma konfliktów, które ciągną się na następny dzień. Nie ma i nie może być! Oczywiście w praktyce bywa, że nie jest to łatwe. Pamiętamy noce z bardzo małą ilością snu, bo trzeba było załatwić sprawę. I opłacało się! I za każdym razem po pogodzeniu się było wspanialej niż przed!

– nazwaliśmy to “dobromyślnością”! Ta nasza tajemnicza nazwa zakłada takie prowadzenie rozmów (czyli także sprzeczek czy konfliktów), że staramy się zawsze zakładać, że druga strona chciała dobrze. Tylko może jej nie wyszło, albo źle się po prostu zrozumieliśmy. I naprawdę często zdarza się, że coś co wyglądało na atak, było po prostu błędem, którego tak naprawdę ta druga strona od samego początku żałuje. Tylko… wyszło jak wyszło. Ale założenie o “dobromyślności” pozwala na patrzenie na siebie w pozytywnych barwach.

I ostatni z kluczowych pomysłów, szczególnie ważny dla mężów:

– nawet w trakcie sprzeczki (a po niej – obowiązkowo!!!): szczerze przytulcie swoje panie! Kobieta otoczona miłością i delikatnością natychmiast porzuca konfliktowe podejście. Patrząc na nasze doświadczenie, to jest to najszybszy sposób na załatwienie problemu. Jedno przytulenie, a warte tysiąca słów…

Czy jest jakaś jedna myśl, którą chcielibyście przekazać swoim dzieciom, tak rada od Was na całe jego życie?

Jako młodzi rodzice sami zadajemy sobie to pytanie. Bo te myśli są. Złote rady też. Ale, żeby wybrać z nich jedną…? Dajcie nam więcej czasu na zastanowienie. Ale uwaga: to może potrwać! 🙂 W każdym razie – jest dla nas wielkim wyzwaniem znalezienie odpowiedzi na to pytanie. Dziś intuicyjnie czujemy, że będą to dwa kierunki: KOCHAJCIE i BĄDŹCIE ODWAŻNI. Ale ostateczna wersja tej myśli niech jeszcze dojrzewa.

W kampanii #Nierozerwalni dużo mówimy o budowaniu więzi w rodzinie. Jak udaje się to Wam w Waszej rodzinie?

Jak buduje się relacje? Jak buduje się miłość? Oczywiście pomysłów jest wiele, ale sądzimy, że jest jeden wspólny mianownik: CZAS! Wspólne spędzanie czasu. Miłość mierzy się czasem. I tyle! Więc zdecydowanie najlepszym naszym sposobem na budowanie więzi jest spędzanie ze swoją czasu. Obecnie są to zabawy z dziećmi i randki małżeńskie. Ale to z pewnością będzie ewoluować wraz z dorastaniem dzieci.

A skoro jesteśmy przy temacie budowania więzi, to obserwujemy w praktyce pewną dawno zasłyszaną teorię. Mówi ona, że najlepsze dla budowania relacji z dziećmi jest… relacja między tatą a mamą. Jeśli ona będzie dobra, to i z dziećmi się dogadamy. I naprawdę tak jest. Niezliczone są historie, gdy jak w lustrze odbija się na dzieciach to, co prezentujemy sobą jako małżeństwo. Przykładowo…? Jak cudownie jest usłyszeć komplementy, które dzieci prawią mamusi… !!! (a dumny tata słucha).

Co lubicie najbardziej w Waszej rodzinie? Z czego jesteście dumni?

Najpiękniejsze jest to, że dobrze poukładane życie rodzinne daje tak potężną radość, że bez niej ciężko jest sobie wyobrazić szczęśliwe życie. Naprawdę! Pamiętamy nasze kawalersko-panieńskie czasy. I były naprawdę piękne. Ale po ślubie było absolutnie piękniej. Później okazało się, że po urodzeniu pierwszego dziecka znowu jest piękniej. Przy kolejnym – to samo! Jesteśmy ciekaw, co będzie dalej! 🙂

I ta radość, która płynie z życia rodzinnego ma pewną cechę – pomnaża radość nie tylko naszą, ale innych ludzi. Jedna rodzina, a jest “katalizatorem” radości innych osób. To wspaniałe! Oczywiście, nie ukrywamy, że najwięcej radości wnoszą dzieciaki!

A dumni jesteśmy z… ciągle widocznego, stabilnego rozwoju naszych dzieci. Do wszystkiego, co podobno jest trudne albo straszne (np. klasyczne porzucenie pampersa…) nasze dzieci same dorastają i mówią, że chcą zmiany. To naprawdę cieszy i daje dużo spokoju. Nie zmienia to faktu, że rodzicielstwo jest ciężarem i nieustannym wyzwaniem. Ale jest to zdecydowanie najsłodszy ciężar.

Bardzo dziękujemy Wam za tą długą rozmowę. Cieszymy się, że jesteście razem z nami w kampanii #Nierozerwalni. Niech Wasza rodzina cały czas buduje się tak pięknie jak to opisaliście nam w tym wywiadzie 🙂
Dziękujemy za rozmowę
Zespół Kampanii “#Nierozerwalni”

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *